Poezja, jeżeli nie jest dziełem geniuszu, jest zawsze tylko albo niezgrabną zabawką dziecięcą, albo jaskrawym, niegustownym makijażem kokietki. W pierwszym wypadku może budzić jeszcze uśmiech pobłażania, z nadzieją, że dziecko dorośnie i znajdzie dla siebie trafniejszą formę wyrazu; w drugim – już tylko niesmak. Jest tego tak dużo, że zniechęca do poezji w ogóle. Myślę niekiedy, że poezja sama w sobie jest czymś fałszywym, że niemożliwym do uzyskania jest za jej pomocą doskonały wyraz myśli i uczuć, przepisanie piękna i bólu, przeniesienie czytelnika w głębie piekieł i niebios… Ale mylę się, i przekonuję się o tym zawsze od nowa, gdy dotknę poezji prawdziwej, gdy wrócę do któregoś z boskich dzieł. To może być mowa bogów, mowa duszy, mowa nieskończoności…
Myślałam zawsze, że poezja jest niższą, prymitywniejszą formą wyrazu niż proza. Od poezji, od pieśni zaczynają wszystkie ludy pierwotne; od poezji, a najczęściej od naiwnych nastoletnich wierszydeł, zaczyna większość indywidualnych twórców. Jednak te ich utwory „ćwiczebne” nie są prawdziwą, pełną poezją, są tylko pierwszym etapem na drodze albo do prozy, albo do poezji genialnej. Problem polega na tym, że gros z nich zatrzymuje się na tym etapie, sądząc, że on jest ostatecznym.
Remedios44