To lubię - Wikiźródła, teksty i materiały źródłowe

To lubię

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
 

Skocz do: nawigacji, wyszukiwania

 Spojrzyj, Marylo, gdzie się kończą gaje:
W prawo łóz gęsty zarostek,
W lewo się piękna dolina podaje,
Przodem rzeczułka i mostek.

 Tuż stara cerkiew, w niej puszczyk i sowy,
Obok dzwonnicy zrąb zgniły,
A za dzwonnicą chrośniak malinowy,
A w tym chrośniaku mogiły.

 Czy tam bies siedział, czy dusza zaklęta,
Że o północnej godzinie,
Nikt, jak najstarszy człowiek zapamięta,
Miejsc tych bez trwogi nie minie.

 Bo skoro północ nawlecze zasłony,
Cerkiew się z trzaskiem odmyka,
W pustej zrąbnicy dzwonią same dzwony,
W chróstach coś huczy i ksyka.

 Czasami płomyk okaże się blady,
Czasem grom trzaska po gromie,
Same się z mogił ruszają pokłady[1],
I larwy stają widomie.

 Raz trup po drodze bez głowy się toczy,
To znowu głowa bez ciała;
Roztwiera gębę i wytrzeszcza oczy,
W gębie i w oczach żar pała.

 Albo wilk bieży; pragniesz go odegnać,
Aż orlem skrzydłem wilk macha...
Dość »zgiń, przepadnij!« wyrzec i przeżegnać,
Wilk zniknie, wrzeszcząc: cha, cha, cha!

 Każdy podróżny oglądał te zgrozy,
I każdy musiał kląć drogę;
Ten złamał dyszel, ten wywrócił wozy,
Innemu zwichnął koń nogę.

 Ja, chociaż, pomnę, nieraz Andrzej stary
Zaklinał, nieraz przestrzegał:
Śmiałem się z dyabłów, nie wierzyłem w czary,
Tamtędym jeździł i biegał.

 Raz, gdy do Ruty jadę w czas noclegu,
Na moście z końmi wóz staje;
Próżno woźnica przynagla do biegu,
Hej! krzyczy, biczem zadaje...

 Stoją, a potem skoczą z całej mocy,
Dyszel przy samej pękł szrubie;
Zostać na polu samemu i w nocy,
To lubię, rzekłem, to lubię!

 Ledwiem dokończył, aż straszna martwica
Wypływa z blizkich wód toni;
Białe jej szaty, jak śnieg białe lica,
Ognisty wieniec na skroni.

 Chciałem uciekać, padłem zalękniony,
Włos dębem stanął na głowie;
Krzyknę: niech będzie Chrystus pochwalony!
»Na wieki wieków« — odpowie.

 »Ktokolwiek jesteś, poczciwy człowieku,
Coś mię zachował od męki,
Dożyj ty szczęścia i późnego wieku,
I pokój tobie i dzięki.

 Widzisz przed sobą obraz grzesznej duszy,
Wkrótce się niebem pochlubię:
Boś ty czyscowej zbawił mię katuszy
Tem jednem słówkiem: To lubię.

 »Dopóki gwiazdy zejdą i dopóki
We wsi kur pierwszy zapieje,
Opowiem tobie, a ty dla nauki
Opowiedz innym me dzieje.

 »Onego czasu żyłam ja na świecie,
Marylą zwana przed laty;
Ojciec mój, pierwszy urzędnik w powiecie,
Możny, poczciwy, bogaty.

 »Za życia pragnął sprawić mi wesele,
A żem dostatnia i młoda,
Zbiegło się zewsząd zalotników wiele,
Posag wabił i uroda.

 »Mnóstwo ich marnej pochlebiało dumie,
I to mi było do smaku,
Że kiedy w licznym kłaniano się tłumie,
Tłumem gardziłam bez braku.

 »Przybył i Józio; dwudziestą miał wiosnę,
Młody, cnotliwy, nieśmiały:
Obce dla niego wyrazy miłosne,
Choć czuł miłosne zapały.

 »Lecz próżno nędzny w oczach prawie znika,
Próżno i dzień i noc płacze;
W boleściach jego dla mnie radość dzika,
Śmiech obudzały rozpacze.

 »Ja pójdę!« — mówił ze łzami — »Idź sobie!«
Poszedł i umarł z miłości...
Tu nad rzeczułką, w tym zielonym grobie,
Złożone jego są kości.

 »Odtąd mi życie stało się nielube,
Późne uczułam wyrzuty;
Lecz ani sposób wynagrodzić zgubę,
Ani czas został pokuty.

 »Raz, gdy się w północ z rodzicami bawię,
Wzmaga się hałas, szum, świsty:
Przyleciał Józio w straszliwej postawie,
Jak potępieniec ognisty.

 »Porwał, udusił gęszczą dymnych kłębów,
W czyscowe rzucił potoki,
Gdzie pośród jęku i zgrzytania zębów,
Takie słyszałam wyroki:

 — »Wiedziałaś, że się spodobało Panu
»Z męża ród stworzyć niewieści,
»Na osłodzenie mężom złego stanu,
»Na roskosz, nie na boleści.

 »Ty, jakbyś w piersiach miała serce z głazu,
»Ani cię jęki ubodły,
»Nikt nie uprosił słodkiego wyrazu,
Przez łzy, cierpienia i modły.

 »Za taką srogość, długie, długie lata,
»Dręcz się w czyscowej zagubie;
»Póki mąż jaki z tamecznego świata,
»Nie powie na cię choć: lubię.

 »Prosił i Józio niegdyś o to słowo,
»Gorzkie łzy lał nieszczęśliwy:
»Prośże ty teraz nie łzą, nie namową,
»Ale przez strachy i dziwy«. —

 »Rzekł. Mnie natychmiast porwały złe duchy;
Odtąd już setny rok minie,
W dzień męczą, na noc zdejmują łańcuchy,
Rzucam ogniste głębinie.

 »I w cerkwi, albo na Józia mogile,
Niebu i ziemi obrzydła,
Muszę podróżnych trwożyć w nocne chwile,
Różne udając straszydła.

 »Idących w błota zawiodę lub w gaje,
Jadącym konia uskubię;
A każdy naklnie, nafuka, nałaje,
Tyś pierwszy wyrzekł: to lubię.

 »Za to ci spadnie wyroków zasłona,
Przyszłość z pod ciemnych wskażę chmur,
Ach! i ty poznasz Marylę, lecz ona...«
Wtem na nieszczęście zapiał kur.

 Skinęła tylko, widać radość z oczek,
Mieni się w parę cieniuchną,
Ginie, jak ginie bladawy obłoczek,
Kiedy zefiry nań dmuchną...

 Patrzę — aż cały wóz stoi na łące.
Siadam, powoli strach mija;
Proszę za dusze, w czyscu bolejące,
Zmówić trzy Zdrowaś Maryja.


[edytuj] Przypisy

  1. Pokłady — zwłoki umarłych, trupy.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora.




kodeksy uroda bilards kreskówki meble łazienkowe tutaj
Katalog Stron
Katalog Stron
Oryginalny pomysł na imprezę dla pracown
nowe domy lapy