[246]
LII. Z WIEJSKIEJ SZKÓŁKI.
Wiosenny powiew, co kwiatów na łące
- Zbudził kielichy,
Usta jej zimne, pobladłe, milczące
- Całował cichy.
Lekuchnem drżeniem przejmował zasłony
- Czarnej sukienki
I pęk róż dzikich i wianek zielony
- W głowach trumienki...
Cicho szeleszcząc przez powój i rąbki
- Białych firanek,
Nienakarmione wypłaszał gołąbki
- Na pusty ganek...
Otwartem oknem jaskółka wleciała
- Z pieśnią majową
I czarnem skrzydłem mignęła, jak strzała,
- Nad martwą głową.
Gromnica błyski zimne, jak łzy cudze,
- Rzucała drżąca,
Ruchomą plamą czerwieniąc się w smudze
- Złotego słońca.
Nikt się nie modlił, nikt we łzach nie klęczał
- Przy tej trumience...
Nikt się z tą bladą nie żegnał, nie jęczał,
- Złamawszy ręce...
I tylko Chrystus wyciągał ramiona
- Z krzyża boleśnie,
[247]
I tylko pliszka, z gałązki spłoszona,
- Nuciła pieśnie...
Nagle z kościółka rozgrzmiały się dzwony,
- Przeciągłe, łzawe,
A las zaszumiał w chór sosen zielony
- Śmiertelne »Ave«...[1]
Na łąki idąc ze świtem i rosą,
- Wiejska gromada
Stanęła w progu, ten z sierpem, ów z kosą,
- Jako wypada.
Pod przyźbą stoi, oparta pod brodę,
- Znachorka siwa,
Wróżąc sąsiadkom na lny ich pogodę,
- A deszcz na żniwa...
Młode wieśniaczki z oczyma suchemi
- Wzdychają głośno,
A dziad zawodzi, zasiadłszy na ziemi,
- Pieśnię żałosną.
Wtem śmiech wybuchnął kaskadą wesołą:
- To dziatwa wioski,
Co się zebrała przed pustą dziś szkołą,
- Gwarząc bez troski...
Śmierć z swym spokojem ustąpić musiała
- Przed życia ruchem...
I tak zasnęła ta cicha i biała
- Wśród obcych duchem.
O lesie ciemny! O smutne wy dzwony!
- Kogo żegnacie?
Gdzie jest jej matka? Gdzie ojciec rodzony?
- Gdzie bracia w chacie?
— Rodzona matka — to ziemia, co płowy
- Plon żyta dała...
[248]
— Ojciec rodzony, to lud ten wioskowy...
- Tak go kochała!
— Rodzone siostry i bracia rodzeni,
- To wiejskie dziatki,
Te, które wiodła do światła od cieni
- Z uczuciem matki.
Młoda żniwiarka na wspólnych prac niwie
- Stanęła śmiało
I snop swój ciężki wiązała cierpliwie
- Przez dobę całą.
Choć nikt zachęty nie ozwał się słowem,
- Nie dał pomocy,
Trwała tak, stojąc, na polu jałowem
- Z świtu do nocy.
I tylko czasem, pobladła, znużona,
- Z mokrą powieką,
Wznosiła swoje mdlejące ramiona
- W przestrzeń daleką...
I tylko czasem szepnęła: »Jak ciemno!
- Kiedyż zadnieje?«
Walcząc z śmiertelną niemocą daremno,
- Tracąc nadzieję...
Ach, ona była, jak tęcza, co ziemię
- Jednoczy z niebem...
Była skowronkiem dla wioski, co drzemie,
- Dla ducha — chlebem...
I była rosą, co rzeźwi o świcie
- Zioła mdlejące...
Była gwiazdeczką, co czuwa w błękicie,
- Nim wzejdzie słońce.
Dziś stary cieśla w trumienkę sosnową
- Zabija ćwieki
I krzyż zakreśla w powietrzu nad głową
- W odjazd daleki...
Ubogi wózek zaskrzypiał na piasku
- Samotną drogą,
[249]
Przed nim mgła srebrna, a za nim snop blasku —
- Więcej nikogo.
Tylko sierotka żegnała go mała
- Smutnem wejrzeniem,
Tylko się róża w ogródku rozwiała
- Ostatniem tchnieniem...
Tylko jaskółki za trumną leciały,
- Szczebiocąc długo...
I tylko tuman wstał cichy i biały
- Nad modrą strugą...