[069]
XI. JASKÓŁKA.
Z za morza powraca!... Ach, leci tu, leci
- Jaskółka pod strzechę, pod naszą...
A cichoż, ty bosa gromadko! sza, dzieci!
- Bo krzyki ptaszynę wystraszą...
Ach, śpiesz się dziewczyno, nie splataj warkoczy,
- Do strugi, za wioskę bież strzałą;
Nim ptaszka w niej skrzydła czarniawe umoczy,
- Ty w wodzie twarzyczkę myj białą.
Jeżeli się uda ten wyścig z jaskółką
- I staniesz ty pierwsza u wody,
To słońce przez lato, całując twe czółko,
- Smagłością nie przyćmi urody.
Hej, chłopcze tęskniący, śledź bystrem spojrzeniem;
- Gdzie ptaszka gniazdeczko uściele,
Tam w późne dosiewki szlij swata z pierścieniem,
- A w zapust wyprawiaj wesele!
Ty, młoda gosposiu, wybiegnij z wrzecionem;
- Nim w locie się zwinie jaskółka,
Cieniuchną niteczkę pasemkiem srebrzonem
- Nawijaj, nawijaj u kółka.
A kiedy jesienią zaświecisz łuczywo
- I siędziesz prząść lniane włókienka,
To nitka, jak ptaszek, okręci się żywo,
- I równa i mocna i cienka.
Dziadusiu, babusiu, siadajcie u proga
- Pod przyzbą, na ławie dębowej;
[070]
Niech dla głów siwiutkich uprosi u Boga
- Jaskółka ten roczek, ten nowy!
Ach, leci!... ach, leci! Powraca z za morza
- Do naszej wioskowej zagrody
I czarnem skrzydełkiem pozdrawia rozdroża
- I łąki i pola i wody.
— »Witajcie! tak do was tęskniłam z oddali!
Dziś wracam z piosenką radosną...
Cóż słychać nowego? Czy zdrowi? czy cali?
Czy żyją staruszki, jak jabłoń, zsiwiali?
A Kasie, Maciusie czy rosną?
Ach! cóżto?... te same, jak widzę, kłopoty
- I bieda, jak była przed laty!
Na drogach kałuże, wyboje, wywroty,
Podwórka nie strzegą ni drzewa, ni płoty,
- I dach się zapada garbaty!
Przez strzechę zmurszałą deszcz w chatę przecieka,
- A ściany się krzywią i paczą,
Jak gdyby nie były siedzibą człowieka,
Co ziemię tę potem uprawia od wieka,
- Lecz nędzną gospodą tułaczą.
Na twarzach znękanie i niechęć i troski,
- Na ustach piosenka niedoli,
A dzieci wzrastają, jak płonne te kłoski,
Na dzikim ugorze zbujałe, wśród wioski
- Bez myśli, bez czynu, bez woli.
Stęskniona leciałam przez morza, z nadzieją
- Wiosennych błękitów i słońca;
Lecz tutaj błękity nad wioską ciemnieją
I wichry lodowe czatują z zawieją,
- Tu zima i zima bez końca!
Och! gdybym ja mogła rozegrzać was pieśnią,
- Jak słonko tę rzeczkę pod lodem,
Myśl strząsłaby z siebie, co rdzą jest i pleśnią,
Duch zrzuciłby więzy, co lot jego cieśnią,
- I lud-by się zbudził — narodem!«
[071]
— »O, spojrzyj! o, spojrzyj! to pierwsza jaskółka
- Pod gzymsem w skrzydełka trzepoce...
I w okna zagląda i zwija się w kółka
- I o coś się pyta, szczebioce...
Toż wiosna już, wiosna!... Za tydzień, za drugi
- Mieć będę z fijołków bukiety...
Czy w polu już sieją?... czy orzą już pługi?«
- — »Najdroższa, czytajmy gazety«.
— »O panie! o pani! słoneczko kwietniowe
- Przyświeca tak jasno, tak ładnie...
Czyż żaden promyczek na główki, na płowe
- Wioskowych pacholąt nie padnie?
Czyż mi tak co wiosna trzepotać napróżno
- U okien skrzydłami czarnemi?
I kiedyż wybiegną ptaszynę podróżną
- Wieściami powitać dobremi?
I kiedyż gniazdeczko pisklętom uwinę
- Pod strzechą szczęśliwą wieśniaczą?
I kiedyż tu światłem ubogą dziecinę,
- Jak chryzmem, na życie naznaczą?« —
— »Ach! widzisz, nie mogę dziś słuchać z uwagą;
- Myśl moja ucieka z jaskółką
I leci nad wioskę odartą i nagą!
- Mój drogi! zajmijmy się szkółką!
Niech biedne te dzieci nie rosną tak dziko,
- Wszak kraj do ich czynów ma prawa...«
— »Hm! chłopu nauka, co najmniej ryzyko...
- Czytajmy, jeżeliś łaskawa!« —
— »O panie! o pani! za morzem, za sinem,
- Plon myśli runieje, dojrzewa...
I słowo tam pada nie dźwiękiem, lecz czynem,
- I wzorem, nie radą zagrzewa.
Ach, rzućcie wy w wiosce ziarenka oświaty,
- Dostatków maleńkie okruchy,
[072]
A wzniosą się czoła ku słońcu, jak kwiaty,
- I zbudzą się myśli i duchy!«
— »Najdroższy! chcę wiedzieć, dlaczego z pozoru
- Praw równość głosicie człowieka,
A przestrzeń odwieczna od chaty do dworu
- Tak zawsze boleśnie daleka?
Dlaczego przed dzieckiem, panienką, paniczem
- Zsiwiałą swą głowę odkrywa
Staruszek, piast wiejski, z dostojnem obliczem?
- Kto bratnie rozerwał ogniwa?
Kto kraj śmiał zubożyć o siłę bez czynu,
- O myśl tę zmąconą, niejasną?
Czyż nie tem, co marnie przepada wśród gminu,
- Wymierzać nam niemoc swą własną?
Posłuchaj mnie, drogi! Czyż tyle już trudu,
- Czyż tyle mozołu potrzeba,
By światło nauki rozdmuchać dla ludu,
- Łaknącym zdrowego dać chleba?« —
— »Co?... Może ja pierwszy mam zbijać wiatraki
- Z poczciwym Kiszotem w zawody?
I brudnych pastuszków zmieniwszy na żaki,
- Sam gęsi zaganiać od szkody?
A może wziąć książkę i siadłszy na trawie,
- Nauczać z niej ludek, jak klecha?
Stąd widzę sąsiadów, jak patrzą ciekawie,
- Jak każdy się skrycie uśmiecha...
Być może, iż trudy się takie opłacą,
- Gdzie wille, gdzie fermy, szalety;
Lecz chłopu naszemu... jak, po co i na co?...
- Daj pokój!... Czytajmy gazety«. —
— O słonko! świeć jaśniej, bo ziemia zakrzepła
- Rozbudzić się ze snu nie może...
O, więcej daj światła i więcej daj ciepła
- I rosy ożywczej, o Boże!