[166]
XXXVII. FRAGMENT.
Wielki ty jesteś, serc królu, poeto,
Co wstrząsasz myśli, uczucia i wolę
I na błyskawic pełnem nosisz czole
Znamię genjusza, który jest kometą
Na ciemnem wieków i narodów niebie...
- Wielki ty jesteś, czczę ciebie!
Pieśń twa potężna, szeroka, natchniona,
Grzmi wpośród tłumów zdumionych milczenia
I poi rosą ginących z pragnienia
- I chlebem jest dla miljona
I jak krew wrząca, przelewa się w żyły
I nieśmiertelna jest i bez mogiły!
Komu raz dłoń twa na czole położy
Ognistą pieczęć hańby lub wielkości,
Stoi przez wieki całe wśród ludzkości,
Rozbudza zapał, unosi lub trwoży.
Tyś król: gdy skiniesz berłem brylantowem,
Ziemia drży, ludy dzielą się twem słowem.
Piękności wiecznej jesteś poślubiony...
Tłum lekkich duchów służyć ci przylata...
Świat nowy stwarzasz wśród starego świata,
Strącasz w przepaście i rozdajesz trony...
I jesteś jako pomnik swojej ziemi,
Który Bóg wykuł rękoma własnemi.
[167]
Lecz większy jesteś ty, o myślicielu,
Co głosisz prawdy odwiecznej ustawy
I idziesz, cichy, samotny, bez sławy,
Do nieznanego dla współczesnych celu
I widzisz ruchy tajemnicze wieku...
- Tyś większy! Cześć ci, człowieku!
Słowo twe ciche drżeć sercom nie każe,
Ni łez wylewać, ni wzdychać z nałogu,
Lecz jest, jak owe najświętsze ołtarze,
- Przy których duch służy Bogu.
I jest, jak jasne djamentowe miecze,
Rozcinające w głąb piersi człowiecze.
Cóż tobie tłumy, ich oklask i wrzawa,
Namiętnych wzruszeń wybuchy i szały?
Tryumf twój cichy bywa, jak te prawa,
Co niewidomie obejmują cały
Wszechświat bez walki, zemsty i miłości
I są przyrody duszą i ludzkości.
Cóż tobie tłumy? Czyż prawda poznana
Większą jest prawdą? Czy, gdyby przed progiem
Świątyni niebios nikt nie zgiął kolana,
- Bóg przestałby się zwać Bogiem?
Czy nieskończoność, zaślubiając ducha,
Liczy, kto patrzy na nią, kto jej słucha?
Zamknięty w ścianach swej cichej komnaty,
Sam na sam z myślą, co światy obiega,
Uniesień swoich nie nosisz, jak szaty
- Jaskrawej, co tłum podżega;
Ale dumania twe i łzy zachwytu
Noc tylko widzi oczyma z błękitu...
Lecz kiedy duch twój samotny; daleki
Od czczego tłumu, skrę wykrzesze z siebie,
Jaśniej, słoneczniej robi się na niebie
- I cichsze przychodzą wieki...
I ludzkość czuje, że jej coś przybyło,
I naprzód idzie z podwojoną siłą.
Królestwo twoje nie jest z tego świata;
[168]
Do twego szczęścia nie trzeba ci zgoła
Oklasków tłumu, a twoja zapłata
- To wieczna pogoda czoła.
Krwi, co ci z serca wytryska goręcej,
Ty nie sprzedajesz, krzycząc: »Kto da więcej?«
Ktokolwiek wstąpił bez łez i bez drżenia
Na beznamiętne, błękitne wyżyny,
Kędy się waży punkt wieczny ciążenia,
A nieodzowne i płodne przyczyny
W nieskończoności tkwią, jako kotwice,
Rzucone w przepaść, w zmrok i tajemnice,
Ten wie, jak można uczuć się spokojnym,
Czystym i cichym i blizkim wieczności
I zapatrzonym w światło i dostojnym
- I przodującym ludzkości.
Któż z tych, co kiedyś dosięgli tych szczytów,
Nie zna Keplera[1] modlitw i zachwytów?
O nieśmiertelny prawdy oblubieńcze!
Duchu, co niczem ziemskiem ni znikomem
Nie gasisz żądz swych, lecz wpatrzony w tęczę
Słonecznych światów, rośniesz ich ogromem
I wzlatasz ponad serc bicie i drżenie,
Tam, gdzie jest prawda, Bóg, ty — i milczenie —
O Duchu! czyż się nie czujesz czemś świętszem,
Czemś innem, wyższem nad tłum, co się wzrusza?
Czyż ukochaniem światła najgorętszem
- Nie potężnieje twa dusza?
Czyż nie jest większym umysł, co docieka
Prawdy, od królów... niemal — od człowieka?
[169]
Pieśni potęga tłum wrzący porywa
Do tych poziomów, gdzie pieśniarz przebywa,
I wieść go może od światła do cienia,
Od bohaterstwa aż do upodlenia,
Może palącym żarem swych pochodni
Obudzić zapał do cnoty lub zbrodni;
Bo fałsz tak wielkim, jak prawda, być może,
A tłumy wszystko, co wielkie, porusza
I drżeć im każe... Więc jeśli twa dusza,
Poeto, nie jest, jak naczynie boże,
W którem kosztowna perła jest zamkniętą,
Pieśń twa być może wielką, a przeklętą!
Lecz myśl badacza jest, jak struna drżąca,
Rozpięta między przyrodą a duchem,
Którą Nieznane rozdźwięcza, potrąca
Wieczystym skrzydeł swych ruchem...
Jej droga pewną jest, jak słońca droga;
Co w niej istnieje, istnieje u Boga.
Obcą jej walka namiętna, burzliwa
Prawd względnych, duchów złamanych napoły;
Ona konieczną siłą, jak żywioły,
- Wiąże swe złote ogniwa
I urojoną nie płacze żałobą
I rzeczywistość swą ma poza sobą.
Poeta daje brylanty i kwiaty,
Łzy i uśmiechy rozrzuca ludzkości...
Ale myśliciel odkrywa jej światy
- I nowe drogi przyszłości.
Z poetą serce nasze się sprzymierza,
Nasze zachwyty i nasze boleści...
Ale myśliciel nigdy nas nie pieści,
- Lecz, jak konieczność, uderza.
Poetów miały ludy już gasnące,
Co w lutnię tchnienie ostatnie przelały...
Lecz myślicieli rodzi nowe słońce
- I pełne sił ideały.
[170]
Poeta wschodzi, jak kwiat, który sieje
Wiosenny ranek na łące, nad strugą...
Ale myśliciel jest krwawą dosługą
- Narodu, co zna swe dzieje.
Módl się więc, smutny i stojący w cieniu,
W koronie blasków zgaszonych, narodzie!
Niechaj pieśń wielka poi cię w pragnieniu,
- A myśl niech karmi cię w głodzie!
|
|