Kazimierz Wielki (Wyspiański)
Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
I
- Wielkości! komu nazwę twą przydano,
- ten tęgich sił odżywia w sobie moce
- i duszą trwa, wielokroć powołaną,
- świecącą w długie narodowe noce;
- więc, choć jej świeży grób opłakiwano,
- przemoże Śmierć i trumien głaz zdruzgoce;
- powstanie z martwych na narodu czele
- w nieśmiertelności królować kościele.
II
- W szkarłatach mię spowito w złotej trumnie
- i pochowano na wawelskiej górze,
- a tam sarkofag stawiono w marmurze,
- gdzie z berłem i w koronie spałem dumnie;
- zaś wszystkie stany w żałobnej posturze,
- niejako płaczki, zwracały się ku mnie,
- nade mną, nad ostatnim z rodu, wznosząc lament.
- Wielkość – ludowi przekazywał mój testament.
III
- I śniłem życie mojego narodu
- królewskie, błękitne, pogodne:
- jak rosły, potężniały wieże grodu,
- miasta olbrzymy, z mych czasów wywodne,
- w Sławie, w szeregach przelicznych pochodu
- wieków... i ludów wielość; wszystkie zgodne;
- tak myśl je moja łączy i zasila.
- Zdało się, że się nieba skłon odchyla.
IV
- O snu! długiego snu! O Sławo! Sławo!
- O Dolo ty! płynąca wielką rzeką!
- O Losie ty! wulkanną rwiący lawą,
- O Wieki! – jak się bezpowrotne wleką ...
- Potęgo! surm wojennych grzmiąca wrzawą.
- O łzy! te, co radością trysłe cieką.
- O serce! – jak miłoście światy kruszą!
- O Snu, błogiego Snu! O Sławo–duszo!
V
- Zaszedłem w jakieś równiny przedwieczne
- bez kresu, łąki stepowe, kwieciste;
- niebo nade mną rozwiło swe mleczne
- drogi i gwiazdy paliło złociste;
- gwiazdy poza mną szły na drogi wsteczne,
- olbrzymie koła zakreśląc koliste;
- a ja łąk stepem bezkresnym w Milczenie
- idę i ducha wiodę w zapomnienie.
VI
- Już poraz gwiazdy przede mną zgasały,
- nad łąką mglista zawisła opona
- chmur płowych, które nieruchome stały.
- Obręczne światła, zanim które skona,
- tęczowo jeszcze na gęstwie mgieł drżały,
- gasnąc; – już dal je chłonie nieskończona.
- Już kresy wieczne, dla dusz pastewniki,
- pojące wonią ziół – już i strumyki,
VII
- których srebrzysta woda, stalo–mleczna,
- wiją się, splotne tysiącznymi skręty,
- w stronę, gdzie dążę, kędy Rzeka–wieczna
- Zapomnień – kędy duch mój zgaśnie z jęty;
- aż go Wyrocznia odrodzi słoneczna,
- gdy będzie z trudów żywych wypoczęty –
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
VIII
- A przez te łąki idą dusze
- pochodów ciągiem nieprzerwanym,
- aż wstąpią w wody białe;
- aż hen przepadłe w wodne głusze,
- odmętem rwane niewstrzymanym,
- przepomną życie całe;
- przepomną życia skarg i mąk,
- przepomną klęsk, pognębień.
IX
- I myją brudy krwawe z rąk,
- aż czyste – do pogłębień
- podziemnych zestąpią.
- I jeszcze w mgłach oparnych z łąk
- na darniach ległe ciała kąpią;
- i idą dalej przemienione
- w stepy bezkreśne, nieskończone,
- a kwiaty im rosną, gdzie stąpią.
X
- Już przez te łąki u połowu drogi
- rzeka przez grząsła płynąca, rozlewna,
- a wód rozlewem zwalająca progi
- porostów; – chociaż cicha, szybko wiewna
- po kiściach kwiatów, zwanych złoto–głogi,
- którymi ściele się ta łąka rzewna –
- a w rzece płynie dziwnie tajna Siła
- odmiany; – zasię dusza, która piła
XI
- tej wody – Doli swojej zapomina
- i jest zwolona z petów ziemskiej złudy
- i oczyszczona – i już nie przeklina
- ani złorzeczy, a wstępuje w cudy,
- którymi tamta święcona kraina,
- i zdolna w nowe pójść żywotne trudy,
- idzie ... – Już chylę nad letejskie brodła
- głowę i czerpam pić, już sięgam źródła ...
XII
- Gdy naraz z wody wstaje wielka mara
- i oczyma mnie uderza i wiąże,
- że tak pół–ruchu stoję: dłoń jak czara,
- już sięgająca ust – już duchem ciążę
- ku wodzie: – pamięć mię odejdzie stara,
- a duch już nowe tchu zawiązki ląże –
- gdy naraz głos przeciwko mnie ogromny,
- żem się pochylił na brzeg nieprzytomny.
XIII
- Topiel się rzeczna, jak postać, podniosła;
- wytrysk, wodnymi strugami obwisły
- w powietrzu, wstrząsał ponade mną wiosła
- rąk, które jako młyńskie skrzydła trysły,
- w wielkich rozpędach, miecąc od się trzosła
- deszczowe kropel, co zanim rozprysły,
- świeciły srebrem kul, aż w rzekę wpadły
- na dno, wprzęgłymi zjeżone widziadły.
XIV
- Przez jedną chwilę była mi odkryta
- toń straszna i dno rzeki, co zdębiona,
- wodnistą ku mnie potworą zakwita –
- i widzę: – spodów łożyska i łona
- w namułach, glebie, żwirach – bo odwita
- przede mną zwalna tajemnic przepona:
- jako tam wszystkie Zła i Zbrodnie legły
- i jak jaszczury potworne ich strzegły.
XV
- Tak była mnoga tworów cieśń skłębiona,
- ciał ludzkich, wężych, pniów, konarów drzewnych,
- zaplatających w tysiączne ramiona
- kamienne, ludzie te o twarzach rzewnych,
- o twarzach w bolu strasznym, który kona
- wciąż, pod pokrywą ciężką rzek przelewnych –
- ten raz jedyny dla mnie odsłoniona. –
- I zrozumiałem, co chciałem uczynić,
- czerpając wody – ... zapomnieć: zawinić!
XVI
- A już wśród głuszy, bo tam płyną głuche,
- jak Noc, te strugi w step, w odwieczne dale
- gromki głos mary zbudził zawieruche
- i huczał wichrem dący ponad fale,
- a grzmiał, że stałem się jak twory kruche,
- którym się jawi duch nad nie potężny.
- Mówił, a ryk po falach szedł daleko–siężny:
XVII
- "Wracaj!" – a oto głębia rzeki jawna;
- duchy tam były uwięzgłe w kamieniu,
- na wielkie męki wydane od dawna;
- wiekami wielu jęczące w zamknieniu
- kajdan – a rzeka ponad nimi spławna,
- ciężarem bielma tłoczyła w płynieniu;
- nie pozwalała tchu chwytać i blasku,
- że marły wciąż ciałami wryte w piasku.
XVIII
- Cożkolwiek przeznaczono duchom działać,
- dopełnić w krwi rozlewie i przeboju;
- czynach, od których serca mają pałać;
- aż zryte czoła w ciężkich trudów znoju,
- wypiszą same czytelnie: "została–ć
- li dusza jeno, łaknąca pokoju;
- wielkością, mordów, zbrodni mrąca wagą;
- ciężaru upragniona zbyć i stać się nagą" ...
XIX
- Być, jako dziecko, czystą i niewinną;
- nie znać, co będzie, i nie znać, co było;
- żyć chwilą czasów jedną, wieczno–płynną,
- co jest dla myśli i działań mogiłą;
- bez czucia, bolu, radości, pamięci,
- jak Bogi nieśmiertelne, jak pół–święci;
- z marności tworów stać się uświęconym;
- gdy to, co w życiu zdziałano skończonym,
- gdyśmy we walkach padali przeklęci,
- z tą samą mocą i tą samą siłą
XX
- po wieki swoje zbrodnie upamiętnia
- w tym dnie przeklętej prawdy wiekuistej
- i nowym tortur zaplotem uwstrętnia
- głąb tę odmętną czeluści nieczystej.
- "Wracaj" – a moja się dusza zasmętnia ...
- miałżebym więźniem być Martwicy istej;
- w wieczną Niepamięć rzucon, w Zatracenie,
- że drżałem trwogą, jako drżą liścienie
- drzew zlękłych . . .
XXI
- "Wracaj!" – a stałem już w łąkach Erebu,
- "Powracaj!" – a wkoło mnie kwietne pola,
- "Wracaj!" – bo oto dzień twego pogrzebu
- i twojej Śmierci drugiej, i twa Dola
- dla cię wybrana; ty twojemu niebu
- wrócon; królestwo twoje! twoja Wola!
- "Powracaj!" – i już znika dla mnie rzeka,
- "Wracaj!" – – już znikła i łąka daleka.
XXII
- A ust pragnienie pali, chuć łakoma
- tych wód, tych białych wód ochłody!
- Już wargi oschłe, językiem oskoma
- przewija, jedną choćby kroplę wody!
- Męko! choćby ziół soczystych aroma ...
- A coraz spod stóp giną strugi, brody ...
- Chociażby łodyg narwać jaskru – pusta
- wszędy gleba; zaskrzepłe grudy; ... palą usta!
XXIII
- W jakichś ugorach, rozoranych rolach
- błąkam się znowu i wlokę spieszący
- i wciąż ten słyszę głos – "powracaj!" w polach,
- w poświstach wichrów nade mną grający;
- idę a trudem nogi więzgną, w bólach
- gnę się, upadam a spieszę; – gorący
- dech i opary duszne ziemi...
- Powietrza! – Tchu!... Jakby ciasnemi
XXIV
- jestem ujęty ściany – uwięziony;
- więzgną mi ręce w ruchu zesztywniałe,
- sprzed oczu znikły te odległe skłony
- przestrzenne; – czuję się zamknięty w skałę;
- w kość czółna wżarty wrąb ciężkiej korony,
- a w ręku berło jakoweś spróchniałe
- i czuję, że je kościec, nie dłoń trzyma
- i że się kruszy kość, gdy silniej ima.
XXV
- Powietrza! Tchu! – już głos zamiera we mnie;
- już Echo głuche spada na twarz własną,
- jeszcze gorące dechom – w straszne ciemnie
- oczy się patrzą, w pustkę czarną ciasną; –
- choć kośćmi jamę rozprzeć! – nadaremnie,
- tuż nad mym ciałem kamienie tarasną
- zaporą zamkły grobowe sklepienia.
- Tchu! Tchu! bo spłonę szaleństwem płomienia.
XXVI
- Wtem usłyszałem jakby do grobowca
- stukanie – – –
- i jakby się obsuwał złom granitu;
- uczułem, że się łyska wierzch pokrowca
- złotymi nićmi od jakiegoś świtu;
- znów woń kadzideł palonych z jałowca
- i jakiś strop z gwiazdami i z błękitu – –
- – W kościele byłem trup; więcem się wzdrygnął
- i naraz kamień tumby ktoś podźwignął.
XXVII
- Tu; gdzie leżałem ja, w grobu pomroczy,
- pochodni łuna zajrzała gorąca
- i na prost oczu moich czyjeś oczy
- i twarz, w wyłomie muru płomieniąca;
- w zorzach się ludzi cichych kilku tłoczy;
- żarem się runi twarz moja jaśniąca; –
- próchno, zbutwiałe stroje, szata zgniła
- nagłą purpurą ognia się paliła.
XXVIII
- I to raz zajrzy ktoś, to się odchyli;
- raz buchnie światło prędsze, znów przygaśnie
- i głowa czyjaś inna; – patrzą, czyli
- jestem – bo imie moje szepcą właśnie;
- kilku – bo żywo słowami gwarzyli;
- znów kamień ważą taranem hałaśnie.
- Spadł; – oni oto naraz zmilkli, dyszą ...
- – Ujrzeli, jakom jest grobem i ciszą.
XXIX
- Doczesności się moje już skończyły?
- Więc jużem w proch się starł i skruszył;
- to jeno strzępy z szat, co złote były?
- Jedwab spopielił się, w pył się rozprószył.
- A czymże są wielkości, co się śniły?
- z których–em państwu wił Los, świetność tuszył?
- Loch grobu czarny, zgnilizna, te łuny!
- Szły po mnie dreszczem podziemne pioruny.
XXX
- Ogromny łoskot słyszałem ostatni
- spod sklepów ciemnych głębokiej czeluści,
- długotrwający – ginął w piwnic klatni,
- a jeszcze tylko wichrem tęskno szuści...
- cichnie. – Już ludzie ci, jak moi szatni
- – a niech im nagłość chwili Bóg odpuści –
- jęli się zdzierać ręką szat purpury
- i złotogłowu szarpać złote sznury.
XXXI
- A już się było Światło dzienne wdarło
- w grób i stanęło urągać w rozłamie:
- "Otożeś król" – już słowem–krzykiem żarło –
- "Korona twoim próchnom marnym kłamie!
- Co było w tobie potęgą, umarło.
- Król–żeś ty? – próchnem łyska zeschłe ramię!"
- A mnie tu łzami wstydu twarz pociekła
- i czarność na się i mroki nawlekła.
XXXII
- I stało się, żem wszystkie siły stężył,
- kościec – modlitwą jedną wstydu straszną –
- jak w konającym bólu, raz rozprężył
- i zatrząsł samym sobą; – – tę rubaszną
- gawiedź ciekawą trwożąc, bom zaciężył
- nad nimi Grozą Śmierci nieustraszną:
- sypiąc się w proch, co jeszcze łudził zsiadły;
- w popioły kości rozprzęgłe opadły.
XXXIII
- Stała tych ludzi półkolem gromadka;
- jedni tarany dzierżą, kute młoty –
- jakaś zbłąkana, bezpańska czeladka; –
- inni papierów pliki, kreślą noty,
- sprawdzają, biorą gromnic żar na świadka;
- to ku koronie łysną; na pozłoty
- wpółbiedrza . . . wszędy ciekawi i skrzętni,
- aż ustali: – już tylko na mnie patrzą, smętni.
XXXIV
- Nad prochami ksiądz śpiewał umarłych Wilije; – –
- mnie człowiek jakiś za kościec ujmował,
- jakby w me ręce składał serce czyje,
- jakby mię prosił o co czy dziękował;
- ślubował wskrzeszać narodu Gloryje,
- że i mnie, chodem król, a dreszcz przejmował;
- – spowiadał mi się z bólu i żałości,
- szeptał o jakiejś ofierze miłości.
XXXV
- Był mały, jako ludzie ciałem drobni,
- i przygarbiony nie wiekiem, lecz pracą;
- był z tych, którzy są Aniołom podobni,
- których żywoty wiele wykołacą,
- gdy się w nich święta duma odosobni,
- gotowi się poświęcać, mając za co; – –
- do pocałunku głowę chylił w długich lokach,
- z oczu mu gorzał żar – taki w prorokach.
XXXVI
- "Przed tobą jako Skarga się rozpłaczę
- i załamię ręce w dnie rozłamu,
- i zabarwię twe dumy junacze,
- i napiętnuję Rozpacz wobec Kłamu,
- byś mię poznał, jak opowiadacze,
- i byś nie brał mnie za kupce kramu.
- Oto czytaj w sercu i sumieniu,
- dajęć duszę w tym rąk uściśnieniu.
XXXVII
- "A to są moje łzy, których nie spatrzy
- człowiek, co by się moim łzom urągał
- i śledził po mej twarzy, czym nie bladszy,
- i horoskopy mej duszy wyciągał,
- a w tajemnice moich nędz się wkradszy,
- duchem mnie do niewoli zaprzągał;
- a to są moje łzy, teraz płynące
- na łachman króla–płaszcz i kości schnące.
XXXVIII
- "A jeźli żywot mej ziemskiej niedoli
- będzie przedłużeń w starość późną, siwą
- i rosnąć duchem Bóg słudze pozwoli,
- i przyjmie pracę wysługi cierpliwą;
- już serce szczęścia nadmiarem wyzwoli,
- a chwilę Śmierci–wyzwolin szczęśliwą
- będę zwał; – – tyle wielkich serc upadło,
- tylu już smutnych do grobu się kładło".
XXXIX
- Patrzył się na mnie i taką wymową
- serca ... Czy były to anielskie warty:
- ci ludzie, światłem duchy sobie bliźnie;
- żałobnych skrzydeł krąg nade mną zwarty
- i szept ten: "Niebios Najświętsza Królowo,
- dopuść, by godne ostateczne Słowo,
- którym mi przyjdzie zamknąć żywe karty,
- było: Błogosław, Boże, mej Ojczyźnie".
XL
- Nie rozumiałem, co mówił, co szeptał.. .
- Jakież to chwały wskrzeszać? Gdzie zapadłe?
- Któż Sławę ich pohańbił i podeptał?
- Ichże to modły ciche, w lęku zbladłe?
- Gdzież króle, moi następcy dziedziczni!
- Jakie Ofiary–miłości przepadło? – –
- Czemuż ci, jakby wszyscy, choć nieliczni,
- tacy powagą starzy –
XLI
- Jakież ubiorki ich czarne, żałobne,
- i dłonie obu rąk drżą załamane.
- Czyli wysute już śpichrze zasobne;
- w skarbnicach skrzynie denarów wybrane; –
- jedne im oczy te łzami ozdobne,
- jak perły czyste i niepokalane;
- o łzy te święte, wzruszeniem płynące
- na łachman króla–płaszcz i kości schnące.
XLII
- Terazże pojrzę bliżej w ich oblicza,
- jak ich postawy uroczyste, skromne;
- że światłość na ich czołach posłannicza,
- że dumy–szczerbce i jeszcze niezłomne;
- że w serca szpona się wpiła zbrodnicza
- zawodów, męczeństw, że klęski pogromne
- wielką nad nimi zaciążyły chmurą
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
XLIII
- Potem te kości moje ktoś wybierał;
- podawał tym, co na kościele stali; –
- lecz jakiś dziwny żal z ócz im pozierał,
- tacy się czuli strwożeni, nieśmiali;
- jakby mniemając, żem drugi raz umierał,
- gdy mię w sosnową trumienkę chowali.
- – Aż gdy mi i koronę zdjęto z czoła,
- pojąłem: – – oto Pomsty wszystko woła.
XLIV
- A każda moja kość była nazwana,
- przez te ich ręce przesuwana drżące,
- że czułem po tych rękach: rozerwana
- jest wielka Miłość – a duchy w nich śpiące,
- obawą wielką ucichłe tyrana; –
- tak się skarżyły, tak były płaczące,
- że prawiem szedł przez ręce ich bezwiedne
- sam – i poznałem te dusze spowiedne.
XLV
- Jako w wichrowym locie płaczą drzewa
- brzozy, a liścia warkoczem się skarżą;
- jako po starych dzwonnicach wichr śpiewa;
- jako nad trupem ległych konie zarżą;
- jak wody, gdy się ścina w lód polewa
- i co śpiewniejsze fale już zamarżą,
- skargami jęczą i żalą się ze dna; –
- tak w nich dźwięczała w sercach Skarga jedna:
XLVI
- "Otośmy drzewa na jesiennej słocie
- i kłosy zżęte rzucone na wichrze;
- odartych liści na j świetnie j szych krocie
- leżą pokotem we krwi – oto spichrze;
- kłosów się snopy ponurzone w błocie
- walają – przeto skargi wstydem cichsze;
- i noc – straszliwa Noc dla ducha ciąży,
- a dusze zapęd rwie ... nie wie, gdzie dąży.
XLVII
- "O znaj ty nasze męczeństwa sybirne,
- żelazem dłonie i ręce zakute,
- oczy wyżarte, jak przez piaski żwirne,
- strugami łez, co zaschły ślozą strute;
- że jedno znamy, jako dziady lirne,
- straszliwą żalów i jęczenia nutę.
- O ty nasz król–dziad, ty ułomny,
- a my twój naród, twój lud, twój bezdomny".
XLVIII
- "O Pomsty!" krzykłem duchem przez ich serca,
- a nie wiedziałem jeszcze pomsty za co;
- jużem rozumiał sercem: ktoś wydzierca!
- Ktoś, co korony tknął! – O to kołacą
- im w piersiach dzwony skarg! – Do szczerca
- dusz ich siągłem; – krwawo płacą
- za czyjeś winy; – oni, jak bezdomni,
- tulą się, bladzi, chwiejni, nieprzytomni.
XLIX
- Już kości leżą znów w sosnowej trumnie,
- ze świeżych pni ciosanej, z boru;
- już chłonę zapach, już czar powiał ku mnie
- żywicy lepem i świerków koloru
- jakaś majaka w oczach staje; – szumnie
- gałęzie zwieśne gwarzą – jak wieczoru
- owego . . . Boże! czyliż go przypomnę . ..
- gdy – wszak ci było tu – Szczęście ogromne.
L
- Święta pieśń szczęścia, co się w każdym śpiewa,
- choć o tym nie wie, ale przedsię czuje,
- że szczęście jest, co w piersiach się przelewa
- i myślom z chaty pałace buduje;
- że potem taki człowiek jest bogaty;
- już choćby rozdał wszystko, nie zrujnuje
- śpichlerza, gdzie mu Miłość skrzynie ładzi,
- a rękę Litość serdeczna prowadzi,
- tak się cudowny nad nim dźwięk rozbrzmiewa.
LI
- A on, że w dźwięku czasem się zasłucha,
- nie mogąc zrazu wiedzieć, skąd przylata;
- skąd zrywa go na wielkie loty ducha;
- skąd wznosi go w rozległe sfery świata
- ów dźwięk – co nagły jak wulkan wybucha
- i z ideami świętymi go brata –
- jest zasłuchany i czuje się boży,
- jak dziecko, skoro mu Ojciec położy
LII
- dłoń na główce – spokojny, spokojny
- i czysty – jakby przepomni przez chwilę
- przyjaźnie–zdrady i sojusze–wojny
- i jest ogromnie pewny w swojej sile,
- czuje się piastun–król szczodry i hojny,
- co siadł do stypy z bracią na mogile
- i cienie ojców czcząc stosu pogrzebem,
- z każdym, jak z równym swym, łamał się chlebem.
LIII
- Tutaj to, tutaj kończyłem budowę
- i strop sklepienny przewiązałem tęczą,
- i sarkophagum stawiłem ciosowe
- ojcu – niech spoczął po trudach, co męczą,
- mąż, który wielkie przełomy dziejowe
- podjął, nim czoło korony obręczą
- podniósłszy dumne, harde, nieugięty,
- wrogów w żelazne pozakuwał pęty.
LIV
- A gdy ja chłopak stałem mu przy ręku
- i na koronę patrzyłem nowiutką,
- ojciec coś mówił, a głos ginął w brzęku
- hałaśnym trąb; – bo miał malutką
- postać; – więc przy tym mleczów szczęku
- dobywanych, co przed nim ulicę calutką
- zamkły – że stają w mieczyskach rycerze,
- a trąby grają hymnus, że dreszcz bierze...
LV
- Tutaj to – widzę, że lata– minęły.
- Któż to, ten młody, wysmukły, rycerski;
- strojem jak Greki; jakimiż to dzieły
- sławien; – li tylko przez Śmierć bohaterski?
- że kości jego i prochy spoczęły
- opodal – że on mnie dziś duch braterski:
- stoi, na mieczu ręka; – duch–że wojny
- chwilę przystanął w nim, chwilę spokojny.
LVI
- A oto w bieli jakowaś niewiasta,
- ponad kolumną przygięta strzaskaną;
- snadź łzawi lice – i oto urasta
- w mych oczach, tyle smutku w niej wydano,
- jak błagalnica ta z Bożego–miasta,
- gdy nad Chrystusa grobem zapłakaną
- pocieszał Anioł;..... pochodnia opada.
- Grobowiec Smutkiem wkamienionym gada.
LVII
- Do marmurowych ścian czarnych kaplicy,
- gdzie złotem snopów grodziła się krata,
- przenieśli trumnę we światłach gromnicy;
- czuli, że mój nad nimi duch ulata,
- że są jak mali zranieni orlicy,
- i gdy ich tak Nieszczęście wielkie brata,
- poklękli, pacierz za mnie mówiąc krótki,
- i wszystkie swoje w nim zawarli smutki.
LVIII
- A gdy już miano mnie tam w tej samotni
- zamykać i podwojów już parto zawory –
- ci ze śpiewami już poszli przelotni
- i miałem ostać Sam – na te nieszpory
- cicho płonących świec, jak się z nich lotni
- modlitwa jakaś odwieczna Pokory;
- a widma czarne w pawłokach przechodzą:
- płaczki cienie – i od nich żywych mnie odgrodzą,
LIX
- gdy się mąż nagły zjawia u podwoi,
- im widać z ruchów i postawy znany,
- bo się już do nich zwraca: "bracia moi....
- nasz król" .... a oni mówią: "zakowany".
- I pojrzał wzrokiem obłędu, gdzie stoi
- piedestał w ciemne choiny przybrany
- . . . . . . . . . . . . . . .
LX
- Nadbiega i już woła: – "ja spóźniony! –
- O królu – wieków pięciu latmi wielki,
- jużeś ty dla mnie zakowan, zamkniony,
- iż cię nie ujrzą wzroki" .... łez kropelki
- dwie rozświeciły oczy, zawstydzony,
- w ogniach rumieńców Żądzy karmicielki,
- dławił w sobie ten płacz – szukał duszą,
- oczami, które deski trumien kruszą.
LXI
- Taka w nich siła duchowa zbudzona,
- iskrami cisnąc, do grobu przypadła,
- jak błyskawica biegając szalona,
- stapiała prochów męt i treść ich jadła –
- żarem paląca płomiennego łona,
- aż króla mnie pod drzewem tam odgadła.
- Więc padł na ziemię krzyżem i zaszlochał,
- a groby wkoło widziały, że kochał.
LXII
- "Widziałem twoję Wielkość i twą Nędzę.
- Czyliś przed oczy moje stawion truchło,
- iżbym twe grzechy w twoich dziejów księdze
- przemazał – iżby zgnilizną nie cuchło,
- co ma być strawą żywych i snuć przędzę,
- ażby z niej nowym ogniem życie buchto.
- Historia! Dzieje! Otom jest w sumieniu
- porażon sędzia; – przebacz, Sędzio Cieniu!"
LXIII
- Głazy głębokim jękiem mu odrzekły,
- dziejów ubiegłych zwołując wspomnienia,
- a Echa się te długie w łańcuch wlekły;
- zrazu przeciągły w naw niskich podcienia
- skrywał się, gdzie wilgocią ściany ciekły;
- to się aż chwytał stropów i sklepienia –
- rozkołysany na pajęczej pletni,
- złotego wieku strząsał pył stuletni.
LXIV
- Nad arkadami wielkie chusty zbladłe,
- spylone, zwisły; – na nich jakieś stroje
- dziwne – snadź bajki się pleśniły zsiadłe
- o jakiejś wojnie – jacyś króle–woje,
- w wielkim rozmachu mleczów na tarcz padłe,
- i wielkie tłumów zlękłych niepokoje,
- i wielkie wieże w gruzach, i świątynie,
- jak z nich pożarny dym w kłębach się winie.
LXV
- Ilijon w gruzach – bohatery walczą,
- w smugach obrazu płynący ku Sławie;
- młotami walą, biją o tarcz tarczą
- w nierozstrzygniętej walki strasznej jawie;
- na wieki jeszcze długie ramion starczą
- zapasom, w wielkiej snadź podjętym sprawie –
- a już złowróżbny koń pośrodku stoi...
- O Ilion! przedsię walczą męże twoi!
LXVI
- Polska się cała zbiegła do mych prochów,
- w grób mój patrząca pusty. – "Tu król leżał"
- poczęli wołać w szemraniu popłochów.
- "Oto już gniazdo wiekowe odbieżał!"
- "Oto żądamy widzieć widmo lochów,
- aby je każden swoją miarą mierzał.
- On jest nasz – wszystkich! Jesteśmy Tomasze;
- żądamy widzieć, patrzeć w Święte nasze!"
LXVII
- "Chcemy położyć głowę w ich pościeli,
- pyłem ich świętym żegnać nasze dzieci;
- niechajże Jego duch w małe się wcieli
- i nieugięcie z nich błyska i świeci,
- niechby się w jednym piętnie prochów jęli
- ramiony, że się pożar w nich roznieci!
- Oto jesteśmy Tomasze bez wiary,
- widzieć żądamy próchno – w nim są Czary!"
LXVIII
- "Uprowadzają nam króle w zazdrości.
- Odwalon kamień tumby, a loch pusty.
- Oto niesiemy balsamy, wonności,
- uwonić strzępy, proch całować usty;
- niechby w nas Spokój–wiekowy zagości,
- spowiedź uczy nim i znajdziem odpusty".
- O pustą tumbę rozbili swe dzbany
- mleka i miodu i jękli: "porwany!"
LXIX
- Rzesze szły; wszystkie szemrzą: "Król porwany".
- "Nie ujrzym Króla! Nie masz!" – Rzesza rosła.
- "Gdzie Król!!" A inni krzyczą: "Zmartwychwstany!"
- "Oto go Boża–moc z grobu uniosła!" –
- "Oto wyklęczym kamienie kolany,
- aż go nam wróci Bóg Zwiastuna–posła.
- Bo snadź zrządzenie to i snadź być miało,
- by Jego wszystko serce dziś płakało".
LXX
- Widzę ich potem, jak do krat się cisną,
- którymi byłem odgrodzon, w gościnie;
- jak ciałem w nie się wpoją, jak zawisną
- u zimnych brązów rękami; – – i płynie
- na mnie dech twórczy z nich; zaklęciem wskrzysną
- się kości, prochy ruszą . . . wstaję ninie!
- Duchem podnoszę się z trumnego stosu
- na łuny gorejących świec – potęgą głosu.
LXXI
- Potęgą tego wołania: "Bądź wskrzeszon!
- Bo już nam braknie tchu żyć, bo już mrzemy!
- Wskrześnij! Aby twój naród był pocieszon,
- oto w rozpaczy żalach szaty rwiemy.
- Jako ów Chrystus był na krzyż zawieszon,
- tak my nad pustką zawiśli, łakniemy!
- Króla! – Królewski Cieniu! Z nami, z nami!
- Stań się Duch! Zmiłuj nad pokoleniami".
LXXII
- O ludy, teraz rozumiem głos Ducha;
- teraz rozumiem . . . "wracaj" ... skąd wołano.
- Teraz, gdy na mnie, jako orkan, bucha
- narodu zgodny jęk, rozkaz i miano.
- I ta grobowa straszliwa posucha
- ust, gdy już kamień tumby odwalano.
- Powietrza! Tchu! Hej, z wami, z wami, z wami!
- . . . . . . . . . . . . . . . . . .
LXXIII
- Ponosi mnie wicher w skłębionej zamieci,
- już chmur się zagony piętrzące odwalą,
- już piorun z nich wypadł i czeluść rozświeci,
- powietrzne dziwadła piorunem się palą;
- jak liściem mną burza przegania i miece,
- a głos mój się niesie daleki Echami:
- "Do mnie, hej, do mnie! na wiekowe wiece!
- Ja król nad wami! Ja Duch znowu z wami!"
LXXIV
- Miałem mieć pogrzeb – a jużem był wolny
- jak duch – jużem polatywał nad krajem;
- patrzyłem na Rozpacz, na żal nieudolny; –
- widziałem, jako lżyli siebie wzajem;
- moje dni sam przypomniał mi lud rolny,
- dawnym w zagrodach rządny obyczajem; –
- a i tam jeszcze dymne spalenisko
- kurzące – i już śmierć duchowa blisko.
LXXV
- Po jakiejś wielkiej pożarnej ofierze
- i wielkim dusz zatraceniu
- przyszedłem; – gdy pobory swoje bierze
- Nędza, całemu władna pokoleniu.
- I rany te serdeczne jeszcze świeże,
- i przerażenie to straszne w sumieniu.
- Więc złorzeczyłem, więc bluźniłem Niebu,
- wyczekujący w jękach dnia pogrzebu.
LXXVI
- Pod wielką wieżą, gdzie zegary dzwonią,
- dawne, prastare, jękliwe godziny,
- usiadłem i oparłem głowę w dłoniach;
- czekam, aż wreszcie ten dzień Zorze spłonią,
- w którym się wszystkie moje zbiorą syny,
- które się znaczą orłem i pogonią;
- aż je przywiedzie hasło na równiny
- podmiejskie – aże zalegną na błoniach.
LXXVII
- Aż upłynęło czterykroć dni czworo,
- cały stok wzgórza narodem zakwitał.
- Nocą, gdy spali, szedłem pośród zmorą;
- kładłem na sennych ręce, bom się witał;
- kreśliłem na nich znaki mej pamięci;
- a czoła im od dotknięć moich górą.
- Trudami drogi pielgrzymiej pośnięci
- legą – a już daleki odblask świtał.
LXXVIII
- A gdy król kładzie dłoń na serce ludu,
- to serce jako ptaszę doń trzepoce
- i bliską chwila jest duchowa cudu,
- że oto wtenczas są przesilne noce,
- a śpiący zbywa na śnie grzechów brudu;–
- a stado orłów nagle załopoce,
- przelatujące ponad wieżycami,
- i tylko słychać, jak biją skrzydłami.
LXXIX
- A potem inne gromadzą się rzesze
- ptasie; kraczące chmarami złowrogie,
- świergotne czyże, jaskółce podstrzesze,
- żurawne hufce, wronie roty mnogie –
- i polatują i krążą z wysoka
- złe–duchy, które nocna rodzi Mroka; –
- aż naraz we mnie uderzają wrogie
- wrzaskiem i krzykiem strasząc i złorzecząc,
- a jako widma Piekieł, nikną lecąc.
LXXX
- Tylko się śpiący we snach przelękali
- i ciężko dysząc, robili piersiami,
- i widać było, jako na snach łkali,
- straszeni duchów czarnymi lotami.
- I już się grozą z legowisk zrywali.
- Ale już serce w nich czarem zmienione;
- krzywd niepamiętne bratnich, podniesione,
- więc się ocknięci krzyżami żegnali:
- AVE MARYA ? CHRYSTE ? DUCH NAD NAMI.
LXXXI
- W kościele, w katedrze, przed trumną Świętego
- grobowa moja korona,
- świat złoty i berła kawałek kruchego,
- na ołtarz położona.
- Lud idzie i szepce: "dyjadema Jego,
- spuścizna, wywyższona".
- Szkarłatem święty stół pokryty,
- stróżami srebrne monolity,
- a trumna im więzgnie w ramiona.
- 1. Więc patrzą zdziwione,
- trumniskiem zgarbione
- Anioły te boże jaśniące,
- 2. Skąd przyszła korona,
- czy z grobów zwleczona
- na ołtarz, gromnice i Słońce.
- 3. A ludy, pielgrzymi
- w śpiew jeden olbrzymi
- modły uderzą skarżące.
- 4. Więc słyszą Anioły,
- jak zgodne wespoły
- w nich serca zabiły gorące.
- 5. Więc patrzą, słuchają
- i silniej trzymają
- trumnisko srebrne ciążące.
- 6. A w trumnie coś jękło
- i wieko rozpękło
- i blachy zachwiały się drżące,
- 7. Anioły przelękłe
- zadrgały przyklękłe,
- spojrzały po sobie znaczące.
- 8. Więc silniej dzierżeją,
- więc lękną, truchleją,
- bo rosną szelesty straszące.
- 9. Więc silniej trzymają,
- więc palce wpijają
- we srebro z ujęcia rwące.
- 10. Więc siły wciąż mnożą,
- a z ócz, co się trwożą,
- łzy wielkie im spadły błysnące.
LXXXII
- Nareszcie przyszedł, południem upalny,
- słonecznych skwarów ów dzień. – Ludem rojno.
- Sejm, jak żurawni, odprawiali walny;
- gromadni – jak przed jaką wielką wojną;
- na ten mój pogrzeb zszedłszy, tłum proszalny,
- co mię zbiegł darzyć łez obiatą hojną.
- Nad miastem padło posępne milczenie.
- Snuły się ludy żałobne, jak cienie
LXXXIII
- ciche – jak owe cienie elizejskie,
- już modlitwami nawet nie szemrzące;
- jeno pół–usty szeptając swe wiejskie
- chorały; – duchem wzniesione, marzące.
- Już moje władztwo widzę czarodziejskie:
- Czujni – już teraz tylko berłem trącę...
- a ockną się na duchu przetworzeni
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Oto już łuna stok zamku rumieni:
- l. Idą posępni
- a grają im dzwony
- ze wszystkich kościołów
- a grają im dzwony
- żałobne.
- 2. Idą posępni
- a niosą korony
- ozdobne,
- misterne a dla nich
- ciążące jak ołów,
- korony sczerniałe,
- pogrobne.
- 3. A grają im dzwony
- ze wszystkich kościołów
- a szumią, łopocą
- szarfami przyczołów
- chorągwie, proporce
- pogrzebne.
- 4. A grają im dzwony
- ze wszystkich kościołów
- ogromne, tętniące,
- podniebne.
- 5. A śpiewy nad nimi,
- jak skrzydła Aniołów
- kołyszą się górne,
- wróżebne.
- 6. A idą posępni
- ze wszystkich kościołów
- z cechami, wieńcami,
- co kwietne, pachnące,
- w tysiące były liczone.
- 7. I chłopy sukmanne
- i pany strojone
- w pąsowe żupany, delije.
- 8. I dziewki przekrasne,
- panięta przejasne,
- jaśniejsze niż białe lelije.
- 9. A idą żałobni
- a idą posępni
- przez długie ulice podgrodne;
- a idą żałobni
- a idą posępni,
- choć niebo błękitem pogodne.
- 10. Wiatr chmury przegania,
- to skrywa, odsłania
- orszaki pochodne, stokrotne;
- 11. A cienie się wiją,
- to jaśnią, to kryją,
- to w biegu znikają przelotne.
- 12. A oni posępni
- a grają im dzwony
- ze wszystkich kościołów zawodne
- . . . . . . . . . . . . . . . .
- 13. Czyli łąki nietknięte tak gwarzą,
- Czyli kwiaty wycięte się skarżą –
- Czyli łąki i łany się kłonią,
- Czyli wiatru przygięte pogonią?
- 14. Czy to lasów stoki się chwieją,
- Czy tak wieńce jodłowe wonieją ...
- Czy to lasy sosnowe się kłonią,
- Czyli wiatru przygięte pogonią?
- 15. Za orszakiem. – czy to łąki szarzeją...
- za orszakiem, czy to łany już gwarzą,
- za orszakiem, czy to bory się chwieją
- za orszakiem, czy to lasy już idą...
- czyli pszczelne roje tak brzęczą
- za orszakiem – czyli ziemie tak jęczą?
- 16. A idą żałobne,
- posępne, pogrzebne
- i łąki pachnące
- i lasy podniebne,
- wnuczęta moje pogrobne.
- 17. A grają im dzwony
- ze wszystkich kościołów
- ogromne, tętniące,
- wróżebne.
- . . . . . . . . . . . .
- . . . . . . . . . . . .
LXXXIV
- Już stokiem wzgórza gromnic żar ofiarny
- wije się rzeką świateł, co migocą;
- wlókł się olbrzymi wóz, całunem czarny
- wśród masztów, których chusty się szamocą;
- wicher żałosny zawiewał cmentarny,
- jakby w godzinę duchów przed północą.
- – Tam proch królewski mój ze czcią wieziony.
- W taką to chwilę ja widmem zjawiony,
LXXXV
- stałem się Duch, modlitew wskrzeszon cudem,
- a strzęp mych szat powionął nad ich głowy,
- gdym ja w koronie widmo gadał z ludem,
- cienie po baszcie chwiejąc wawelowej
- olbrzymie! snadź–że byłem wielkoludem; –
- dreszcz przez nich biegł, poczuli dech grobowy.
- – Bitem w nich krzykiem mej piersi spróchniałej,
- a echo się po Polsce niosło całej:
LXXXVI
- "Pomstę mi dajcie, wy ludzie pogrzebni!
- Pomstę za moje wezgłowie we strzępach!
- Nam, co jesteśmy żywota potrzebni,
- co się tułamy w urwiskach i kępach.
- Spomóżcie, wy karmazyny i wy zgrzebni,
- przechować klejnot chwał w ruin ostępach;
- w gruz rozsypują się węzły korony
- i spokój grobów święty naruszony.
LXXXVII
- "Sędzie na światła dzień moje oblicze
- zwlekli, żem moją wielkość uznał marność.
- Sumienie przetrząsali tajemnicze,
- stawiąc je przed wiekowych Sądów karność;
- nawet tajone uczynki zbrodnicze
- i moję tę przemyślną gospodarność.
- I wstyd mój ojca odkryli przegniły,
- i gady, które w piersiach miąższ stoczyły.
LXXXVIII
- "Spałem spokojny, wielkością przejęty
- narodu, którym z krasną Ladą żenił,
- i ostawiałem w polach plon nie zżęty,
- gdy już pszenicznych ziarn kłos się rumienił.
- Ludu mój, otoś w nędzy jest przygięty:
- Lęk się i Smutek w twe serce wkorzenił".
- – Cały lud wrzasnął ku mnie: "Cień Kaźmierza!"
- A był ten krzyk jak piorun, co uderza.
LXXXIX
- Jako wulkanny wybuch gromopłodny
- z piersi tysiącznej naraz ... krzyk Przymierza!
- Naród mój woła głosem jednozgodny:
- "Kaźmierza króla duch! – Duch Kazimierza!"
- Oni, ci sami, których ja buławą
- i mieczem niegdy muszę ku jedności,
- dzisiaj bezpańscy, wielką bólu wrzawą
- wyznają: oto jedność w sercach gości.
- Dusze ich splatał węzeł wspólnej klęski
- w mym duchu, którym stał tam, jak zwycięski.
XC
- A dzwon ten wielki bił dla mnie pokłony,
- wielkim powietrze falując przelotem
- dźwięków przeciągłych brązu, rozmodlony,
- pogłębiający ich modły łoskotem:
- "Bądź nam jedyny, ty król odrodzony
- grobów! – o stań się piorunowym grzmotem!
- Duchem pozostań wśród nas, twego ludu!
- Cudu żądamy, królu! Dopełń cudu!!"
XCI
- Chwilę tak stałem, w naród mój bolesny
- jamami oczu wygasłych patrzący;
- dobiegał do mnie szum pogwarów leśny;
- prześwietlał Wisły skręt, tuż się wijący;
- łąk oddalony skłon, hen góro–kresny,
- i zapęd tłumnej rzeszy, w górę rwący.
- Raz jeden jeszcze wśród mgieł AVE krzykłem –
- bo w zmierzchach, jako cienie lotne, nikłem.
XCII
- Naród mój tak się we swą przeszłość weśnił;
- schodził we wszystkie grobowe piwnice,
- z trupami się, umarłymi rówieśnił,
- badał im w trzewach skonu tajemnice;
- że sam w tych ciągłych łzach i płaczach pleśnił,
- bruzdami czoło poorał i lice
- i starzał – w coraz dalsze patrząc groby;
- wzrok tężył w mroczne podcienia żałoby.
XCIII
- Rozpoznawałem, że kochał się w trunach,
- kołysząc w nich swą myśl jakby w szalupach;
- że czytać znał, jak w powikłanych runach,
- w bereł kruszynach i koron skorupach;
- jak na spuścizny cieszył się fortunach,
- rozmiłowany w tych przegniłych trupach;
- mniemając, że go to do życia wiodło,
- że brał te trupie piszczele za godło.
XCIV
- Widywałem tych trupów korowody;
- ten ponad nimi żal płaczących lutni,
- bo prochom uroczyste sprawiano wywody,
- i na ten krótki czas niechano kłótni
- nad każdą z trumien, którą w imię zgody
- wiedli na Wawel – ci złotem rozrzutni;
- możni i biedni dobywali z kalet;
- sztuka wdzięczyła zmarłych z krasnych palet.
XCV
- A tacy byli skorzy, tak się rwali,
- tak ich ten grób, trumny weselą;
- że jakby innych radości nie znali,
- tylko te, gdy cmentarze światłem ścielą;
- w najświetniejsze się stroje przybierali;
- miodem się, mlekiem, chlebem z trumną dzielą.
- Smutni zawsze – naraz prędsi, gospodarni,
- Żywi! – tak piękni byli! a cmentarni.
XCVI
- I nazywali królami tych marnych,
- którzy się w własnym lubowali jęku;
- co twarze przysłoniwszy w kirach czarnych,
- stawali przed narodem z harfą w ręku;
- serca na stołach palili ofiarnych,
- durząc się dymem przy harf rzewnym brzęku;
- a chodząc w kołach z lauru drzew uszczkniętych,
- porównywali się do polskich świętych.
XCVII
- Wnętrzności rozkrawali męczennika,
- wróżyli z trzew o jutra przyszłej dobie,
- badali loty ptaków, bieg ponika,
- gwarzyli, że się Dziecię zjawi w żłobie;
- widzieli Go w postaci ogrodnika,
- że wstał, choć zbrojna straż przy Jego grobie.
- – I żadne wróżby ich się nie spełniały,
- a we wróżbitów patrzał naród cały.
XCVIII
- I przychodzący coraz nowi męże
- na obchodowe dzwonili nieszpory;
- na ołtarzyskach święcili oręże –
- a każdy z nich był jakby duchem chory;
- widać, że wielkiej chwały nie dosięże;
- że często ledwo sił zyska pozory; –
- a kraj ich wszystkich słuchał, wszystkim wierzył
- – iż coraz głębszym smutkiem się przymierzył.
XCIX
- Strojeni w wiechy laurów poczerniałe,
- we swoich proroctw zadumie owici,
- wstępowali jak posągi na skałę,
- a przez fałdziste szaty próchno świci;
- pokazywali rany posiniałe,
- że przez te rany Sławą są okryci
- i że te rany właśni bracia im zadali,
- że się w poświęceń łzach i krwi kąpali.
C
- To byli wodze narodu, ich właśni,
- co przewodzili nad ludem krzykami,
- gędźbami nowe podsycali waśni
- samozwańczymi będąc prorokami;
- stawał się naród jak ugorne pole,
- że chwasty kłosom przerosły głowami,
- głuszące czysty siew coraz hałaśniej –
- że już zaczęto ze zbóż plewić role.
CI
- Mówili wszystko, co powinien czynić
- naród – w rozstajne wskazując mu drogi;
- wzajem się w słowiech jęli lżyć i winić,
- aż wzrośli na olbrzymie truchła–trwogi;
- – stał lud, gromadą słuchając bezradną,
- iż się tak między sobą szarpią bogi,
- obiecując, że żyły złote w nim odgadną .. .
- Zająkłem – bo mu, widzę, duszę kradną.
CII
- Więc krwią i kością nagle ze żywymi,
- stałem się kowal w żelaznej obręczy
- na czole – i dzierżyłem młot olbrzymi
- żelazny – wciąż ten łomot głuchy brzęczy
- jeszcze w uszach – – – że będę nad nimi
- wódz! – A nade mną Bóg na tęczy ...
- Więc wsparłem młot o stół ołtarza skalny,
- przy którym naród Sejm odprawiał walny.
CIII
- Już zapomniałem był wszystkich rozżaleń;
- tłumy mój rozkaz wypełniać gotowe; –
- już tylko na mnie! bliscy i z oddaleń
- patrzą; – – już oczy w nich wpiłem surowe
- i badam: że są bliscy tych rozpaleń,
- od których razy są błyskawicowe – ...
- że się rozpaczy gad na ołtarz śliznął...
- – rzuciłem w mówcę młot, że piersią bryznął
CIV
- i padł – a naród obaczył się wolny.
odchudzanie diety studium wykonalności romet crs 200 Części Cpi Super motor 125 Motoryzacja wiersze miłosne
Katalog Stron
Rozwój rynku usług eventowych
dni miasta mielec
biwak
